Crock pot a sprawa polska

Kupiłam ostatnio crock pota, również zwanego slow cookerem i nie wiedziałam jak to zakomunikować mamie.

“Kuchenka. Znaczy, nie jak prodiż, tylko…. elektryczne takie. Gotuje. Na wolnym ogniu.”

Coraz częściej doświadczam rzeczywistości nie tyle dwujęzycznie, co… bezjęzycznie. To znaczy, brakuje mi słowa. Mieszkam na mojej małej emigracji od prawie siedmiu lat i o ile na początku walczyłam z Polglishem (“to nie lentilsy, to soczewica!”), o tyle ostatnio się poddałam. Myślę w dwóch językach, chociaż bardziej po angielsku. Dużo piszę po angielsku, choć dziennik wciąż – uparcie – po polsku. No i oczywiście żyję po angielsku. A potem zaczynam się tłumaczyć. Dosłownie.

Winni się tłumaczą. A ja, polonistka z wykształcenia i niegdyś zamiłowania, jestem częstym obiektem żartów brata aktora, który – zanurzony w codziennej polszczyźnie – celnie i jadowicie łapie mnie za słówka. Swoją drogą “jestem obiektem żartow” – I am a target of mirth/jokes – czy to jest nawet polska konstrukcja? Sama już nie wiem. Często bezwiednie tłumaczę angielskie metafory, co kończy się zabawnie (“Don’t leave me hanging” – “Nie zostawiaj mnie w zawieszeniu!” i temu podobne kwiatki). Mam w domu kilka polskich książek (których nie czytam) i do tej pory nie ustawiłam polskiej klawiatury na nowym laptopie. Pisząc maile do rodziny zwykle korzystam z usług Spolszcz.pl . Może najbardziej komfortowo czuję się rozmawiając z Marią Jastrzębską, poetką, której dwujęzyczne wiersze wykonywałam podczas jej sztuki/instalacji inspirowanej Królową Śniegu Andersena, Snow Q (Spolszcz. pl przetłumaczyło ten tytuł na Snów Q a slow cookera na słów cookera. Trafnie.). Maria, podobnie jak ja, myśli literacko w obu językach, jest pisarką i przechodzi płynnie z jednego do drugiego, nieraz w pół zdania. To takie mile, że nie muszę się tłumaczyć.

No i co dalej z ta Polską, polskością, polszczyzną? Wyjechałam z wielu powodów; niezgoda z polska mentalnością była jednym z nich. Polska mentalność i tradycja które manifestują się w polskiej kulturze. Zachwycona i nieco zachłyśnięta nową anglojęzyczną rzeczywistością, wylałam dziecko z kąpielą (metafora istniejąca w obu językach) i niechcący wypisałam się z polskości. Co może jest groźne, bo jak się tak wszyscy/tkie wypiszemy, to polskość będzie definiowana przez nacjonalistów/tki – będzie wydmuszką, która zawiera tylko jeden rodzaj człowieka (mężczyzny, Polaka….). I tu na emigracji nieraz stykam się z mocno prawicową wersją polskiej kultury. I zaczynam mieć chętkę na to, żeby reprezentować jakaś formę alternatywy.

Wracając do slow cookera. Wyguglalam dziś (kolejne polskie słowo) “slow cooker bigos”, z nadzieją, że jest jakiś przepis który pomoże mi zużyć kapustę kiszoną, kupioną optymistycznie w polskim sklepie. Znalazłam przepis: znalazłam też coś więcej, mianowicie nowe słowo! Slow cooker na jednej ze stron nazywa się wolnowarem, co mnie zupełnie ujęło: crock pot nie jest przecież samowarem, bo 1. to do herbaty 2. nie każdy slow cooker się sam wyłącza. Jest za to wolnowarem, bo gotuje (doprowadza do wrzenia?) powoli. Ot, polsko-rosyjski (?) źródłosłów, który ktoś twórczo dorobił/a crockpotowi/slow cookerowi. Więc może da się to moje polsko-angielskie życie żyć. Jutro ugotuję bigos w wolnowarze.

Pojutrze pewnie curry.